„Straszne to jest brać się do pracy ludziom zepsutym dostatkami”
Alicja Urbanik–Kopeć
Kiedy pierwszy raz, miałam pójść do obcego domu, straszne uczucia mną miotały, wyrzekłam się swego ja, przeszłości, tradycyi, ale to w teoryi, ta myśl, że mi ktoś może ubliżyć! Postanowiłam sobie śmiało, a nogi i ręce mi drżały, z głową do góry iść na pierwszy ogień.
Jadwiga Strumff, rok urodzenia 1858, prowadziła praktykę w Warszawie na przełomie XIX i XX wieku. Jej praca polegała na odwiedzaniu pacjentów w ich domach i wykonywaniu masaży rehabilitacyjnych (na przykład po złamaniu ręki czy urazie kręgosłupa), a także kosmetycznych, głównie twarzy i szyi, w celach relaksacyjnych i upiększających. Oferowała usługi zarówno mężczyznom, jak i kobietom. Czasem jej wizyty były jednorazowe, czasem pracowała z jedną osobą przez kilka miesięcy.
Strumff kształciła się do zawodu, miała za sobą kursy masażu leczniczego i kosmetycznego, uzyskała licencję urzędu lekarskiego na świadczenie usług. Ciekawiła ją medycyna, ale w czasach jej młodości nie dopuszczano kobiet do studiów uniwersyteckich. Podjęcie pracy masażystki wiązało się dla niej z dużym obciążeniem psychicznym. Jak sama pisze, zmuszona była zarabiać, ponieważ mąż porzucił ją z czwórką małych dzieci, bez środków do życia. Jej pamiętnik to studium walki z samą sobą – poczucia deklasacji kobiety z inteligencji, zmuszonej zarabiać na życie pracą fizyczną. Fizyczną nie tylko w sensie używania siły własnych rąk, ale też ciągłego kontaktu z fizycznością innych ludzi, z ich nagimi lub półnagimi ciałami. Praca masażystki była dla niej źródłem satysfakcji, ale też zmuszała do ciągłego definiowania swojej pozycji, rozliczania siebie i innych z pragnień seksualnych, ustawiania się czasem w relacji poddańczej, a czasem na pozycji władczyni i uzdrowicielki.
Po służbie poznam Pana
Maria Strumff zmaga się z problemem deklasacji i niespełnionych ambicji. O początkach pracy pisze: „Raziło mnie to ciągłe ściskanie rąk ludzi obcych, a paliły wsuwane pieniądze. Wstydziłam się, jakby ktoś mi jałmużnę dawał. Straszne to jest brać się do pracy ludziom zepsutym dostatkami”. Mimo medycznego charakteru pracy, Strumff czuła, że masowanie ludzi jest pracą fizyczną, taką, której kobiety z jej grupy społecznej zwykle nie wykonują. Przez bogatych pacjentów traktowana była jak reszta personelu domowego, co odbierała jako zniewagę i upokorzenie.
Masażystka wyjątkowo ostro oceniała maniery, sposób zachowania i pochodzenie społeczne swoich pacjentek. Wyśmiewała ich pozorne wyrafinowanie maskujące brak przywiązania do detali. O jednej z nich pisała: „Oprócz że bielizna miała zwyczajną, widocznie miała wolny ten wieczór, ale śpilką zapięta koszulę i cały czar prysnął. Poznaje się porządek po dessous. Gdyby ona była pracującą można by ją było wytłomaczyć, że w ostatniej chwili guziczek się urwał, spieszyła się, ale tak”.
Na złośliwą uwagę zasłużyć można było zarówno odprutym guzikiem u koszuli nocnej, brudnymi zębami, jak i niedoskonałościami ciała pod kosztownym strojem. Jedna „elegancka kupcowa zamawia mnie do siebie na dwa miesiące. meble aksamitne, ale w stołowo sypialnym, na stole brudne skarpetki, włosy, śpilki podwójne, grzebienie jednem słowem trudno sobie wyobrazić ten zkład brudów kto tego nie widział, łóżko, w odcienie pościel, resztki po dzieciach, ona biała leży, ale bielizna wpasy szarawo niebieskie, pacjentka kaszle pełną piersią kaszlem obrzydliwym żołądkowym, zapach zemdleć można stojąc przy niej”. Inna „hrabina […] cudownie piękna jak statua, pod pozorem, że ma jakieś plamy na ciele, ale więcej z ciekawości, powiedziałam, że muszę zobaczyć opierała się ogromnie i nie dziwię się, bo szkaradne miała ciało. Chuda, żółto czarne”. Ze szczególną satysfakcją opisywała nowobogackie zwyczaje niektórych pacjentek, chwaląc się, że „wszedłszy do przedpokoju wiem jaki porządek domowy. Po służbie poznam Pana”. Jedna z klientek zamówiła masaż, ale już od progu zrobiła na Strumff złe wrażenie, ponieważ by podkreślić swoją wyższą pozycję społeczną, przetrzymała ją w przedpokoju. Masażystka skomentowała to z sarkazmem: „Chce być wielką damą, ale wychowana w finansach łódzkich niemiecko żydowskich cechy wielkiej damy na tamtym terenie może uchodzą, a u nas śmieszą. Dama owa każe mi na siebie czekać z pół godziny, nareszcie raczy wejść, maleńka niepozorna, ale tren większy od Niej, lokaj stoi wyfraczony ganté”.
Jadwiga Strumff wyszydzała i krytykowała pacjentki, które targowały się o cenę masażu albo unikały płacenia, mimo że miały na sobie drogie suknie i biżuterię. Pisała na przykład, że bardzo denerwują ją, chcące obniżyć koszty, zamożne pacjentki, ponieważ przecież wydają pieniądze mężów, a nie swoje. Podkreślała, że udziela rabatów albo pozwala na negocjacje tylko tym, które pracują, bo wtedy są to ich własne, zarobione samodzielnie środki. Jednocześnie zaś z uznaniem wyrażała się o prawdziwej arystokracji: „Mam słabość do ludzi dobrze urodzonych, ale z wychowaniem należnem temu urodzeniu, bo po wychowaniu poznać kto go rodził. Czem że się będzie w takim razie różnił od parweniusza, którego właśnie brak tego wychowania, i potem go zawsze poznać. Sam pieniądz nie wystarcza, jeśli osobnik jest surowy i niema tego od kolebki wpojone, jak mówić chodzić, jeść itp.”. Wygląda więc na to, że irytowała ją maskarada klasowa, pretendowanie do wyższej pozycji, niż ta, z której faktycznie się pochodzi. Być może w ten sposób wyrażała własne odczucia, że znajduje się w zawieszeniu pomiędzy grupami społecznymi i nie wie, gdzie sama przynależy. Niejasne granice między inteligencją, przemysłową burżuazją a klasą robotniczą budziły w niej poczucie zagrożenia, ponieważ na własnym przykładzie przekonała się, że przejście z jednej do drugiej jest dużo łatwiejsze, niż można by przypuszczać.
Uprzedzenia do grup społecznych (a także towarzyszący im antysemityzm, mimo że sama pochodziła z zasymilowanej rodziny żydowskiej) i poczucie deklasacji przyczyniały się na pewno do ambiwalencji, jaką Strumff odczuwała wobec własnej praktyki masażystki. Jako kobieta zdegradowana do roli niższej społecznie, nie mogła zdecydować, czy jej praca to coś więcej, czy jednak zupełnie to samo, co profesja służącej. I to profesja ze skandalicznym posmakiem imputowanej przez część klientów prostytutek[1]. Konteksty tych dwóch zawodów przewijają się w jej zapiskach na każdej niemal stronie. Analiza własnej praktyki jako zajęcia gdzieś na styku obu tych profesji pozwala zaś pełniej zrozumieć jej rozdarcie, jednoczesną nienawiść i pociąg do masowania. Strumff zmuszona do zarabiania pieniędzy, mierzyła się z uprzedzeniami i oczekiwaniami, zaczerpniętymi bardzo wyraźnie z ówczesnego przekazu kulturowego na temat pomocy domowych i prostytutek.
W 1882 roku, na pięć lat przed jej rozstaniem z mężem, w Warszawie pracowało około trzydzieści osiem tysięcy pokojówek, pomywaczek, kucharek, praczek, służących do wszystkiego. W 1897 roku, gdy Jadwiga Strumff zajmowała się masowaniem już od czterech lat, było ich ponad pięćdziesiąt tysięcy[2]. W dużych miastach Królestwa Polskiego kobiety i mężczyźni zatrudniani przez klasy wyższe stanowili nawet trzydzieści procent aktywnych zawodowo mieszkańców. Służba domowa była zawodem znacząco sfeminizowanym – w tym samym roku, zgodnie z rosyjskim spisem powszechnym, płeć żeńska stanowiła siedemdziesiąt osiem, a w 1921 – już dziewięćdziesiąt osiem procent. Był to najczęstszy zawód podejmowany przez migrantki w miastach. W Warszawie w latach 80. XIX wieku ponad osiemdziesiąt pięć procent z nich nie urodziło się w tym mieście, tylko przyjechało na służbę z okolicznych wsi[3].
Na temat prostytucji nie ma dokładnych danych. Według badań przeprowadzonych przez rosyjski komitet statystyczny w 1889 roku w Królestwie Polskim pracowało 2018 kobiet świadczących tego typu usługi w ramach systemu reglamentacji[4]. Oznacza to, że miały one, podobnie jak służące, wyrobione książeczki, w których odnotowywano miejsce ich zatrudnienia i zamieszkania. Tym drugim wpisywano referencje pracodawców, natomiast prostytutki musiały regularnie uzupełniać w dokumentach informacje o badaniach lekarskich, potwierdzających brak zakażenia chorobami przenoszonymi drogą płciową. Ze względu na silne społeczne tabu i restrykcyjne prawo zniechęcające kobiety do zapisywania się do „kontroli”, jak to wówczas określano, faktyczna liczba trudniących się tą profesją nie jest znana. Prasowe doniesienia wahały się od kilku tysięcy pracujących „pokątnie”, czyli nielegalnie, na przykład w Warszawie, do nawet kilkudziesięciu tysięcy. Stanisław Koszutski na łamach „Głosu” w 1900 roku szacował tę liczbę na dwadzieścia–dwadzieścia pięć tysięcy w Warszawie, a w całym Królestwie Polskim na około sto tysięcy[5].
Profesje służącej i prostytutki były legalne, wykonywane głównie przez kobiety z proletariatu. Choć pozornie oceniano je drastycznie różnie, w postrzeganiu wielu ludzi więcej łączyło je niż dzieliło. Wskazywano, że przeważająca liczba pokątnych prostytutek rekrutuje się z pomocy domowych. Wymieniano powody, dla których łatwo im było przejść do świadczenia tego typu usług – brak pomocy rodziny i przyjaciół (jako emigrantkom ze wsi) oraz systemowego wsparcia instytucji społecznych, izolacja w miejscu zatrudnienia (większość pracowała samotnie) i jednocześnie zamieszkania, młody wiek, brak doświadczenia, samotność. Według danych policyjnych, prawie siedemdziesiąt procent aresztowanych za pokątną prostytucję kobiet pełniło oficjalnie służbę w domach mieszkańców z klas wyższych[6].
Niektórzy, szczególnie postępowe publicystki z kręgu feministycznego, jak Teodora Męczkowska czy Izabela Moszczeńska, zwracały uwagę przede wszystkim na mechanizmy psychologiczne sprawiające, że dziewczyny z proletariatu zmieniały pracę na służbie na usługi seksualne. Obie działaczki podkreślały naiwność, bierność i wyuczoną bezradność pomocnic domowych. Wśród wielu spostrzeżeń, sprowadzających się głównie do krytyki powszechnego molestowania służących przez mężów i synów pracodawczyń, podawały jedno szczególnie ciekawe. Według nich ten zawód niszczył moralność (której, zgodnie z ówczesną opinią, trzeba było być pozbawioną, by zostać prostytutką), ponieważ sprowadzał się do kontaktu z ludzkimi ciałami i wykonywania wokół nich zabiegów porządkowo-opiekuńczych.
Nieczysta istota dotyka poufale
Podobne związki między prostytucją, służbą a praktyką masażystki były powszechnie dostrzegane. Opinia Marii Strumff nie jest nigdy wyrażona wprost, w pamiętniku przechodzi raczej od razu do osobistych konkluzji, jednak rzucane co jakiś czas przemyślenia wskazują na głęboki dyskomfort odczuwany przez nią z powodu charakteru wykonywanego zajęcia. Strumff była świadoma, że jej praca jest postrzegana przez postronnych jako przykrywka dla prostytucji. Sama musiała niekiedy wyprowadzać z błędu klientów (szczególnie mężczyzn), którzy chcieli, by masaż przerodził się w inne usługi. Opowiadała o nich kpiąco: „zanim zdążyłam ręce umyć już był rozebrany, nie wypadało mi zwrócić uwagi, on to wziął za dobrą wróżbę, złapał mnie za rękę i gdyby nie wrodzona siła fizyczna, byłby zrobił ruch, na które podobno panie z najlepszych sfer się zgadzają, bo Im nie szkodzi”. Mężczyźnie kazała się ubrać i wyprosiła go z mieszkania, a następnie odmówiła zapisywania go na kolejne wizyty. To przeświadczenie o oczywistym połączeniu prostytucji i masażu było bardzo silne – jej pierwszym pacjentem był oficer, który już na samym początku wizyty „pytał gdzie mój mąż i przyszedł w innym celu”. Czasem dementowanie plotek o romansie z klientami przybierało ostrzejsze formy. Gdy dowiedziała się, że student, któremu robiła manicure, opowiada w męskim towarzystwie „w jakich stosunkach ja się z nim znajduję”, zagroziła mu pozwem sądowym.
Jak na osobę o tak sztywnych zasadach moralnych, broniącą się zaciekle przed podejrzeniami o świadczenie usług seksualnych, Masażystka wyjątkowo podejrzliwie traktowała swoje pacjentki. Z jej pamiętnika wynika, że większość z nich to „kokoty”, jak się o nich wyrażała. Rozpoznawała je po licznych znakach: ubiorze, sposobie zachowania i mówienia. Dwie z pacjentek oceniła jako „kokoty”, ponieważ o 9 rano leżały jeszcze w pościeli, były „puste, uśmiechnięte”, serdecznie rozmawiały z nieznajomą (masażystką) i nie wspominały o mężach. Inna paliła w łóżku papierosa podczas wizyty (autorka pamiętnika też była palaczką). O kobiecie źle świadczyło też nadmierne dbanie o urodę i strój, szczególnie w sytuacji, gdy reszta mieszkania była zabałaganiona. Na ogół jednak mianem kokoty określała te, które opowiadały jej podczas masażu o kochankach i o tym, że zdradzają męża.
Te uprzedzenia Jadwigi Strumff stanowiły odzwierciedlenie ówczesnego dyskursu na temat prostytutek i cech charakteru, które według opinii publicznej (ale także lekarzy i psychologów) prowadziły je do tego zajęcia. W 1895 roku, tuż po tym, gdy Masażystka podjęła pracę, na ziemiach polskich ukazał się przekład znanego dzieła Kobieta jako zbrodniarka i prostytutka. Studja antropologiczne, poprzedzone biologją i psychologją kobiety normalnej. W tym długim manifeście Cesare Lombroso, wspierając się różnymi wyliczeniami antropologicznymi, pisał, że „prostytutki urodzone” są z natury łakome, próżne, chciwe, nieodpowiedzialne i pozbawione wstydu. Autorzy polscy, jak Franciszek Giedroyć, lekarz i historyk medycyny ze szpitala św. Łazarza w Warszawie, dodawali, że prostytutki (z natury, niekoniecznie nawet z racji wykonywanego zawodu) charakteryzuje lenistwo i skłonność do kłamstwa. Zamiłowanie do pięknych ubrań w połączeniu z brakiem higieny osobistej również uznawano za symptom wrodzonej skłonności do tej profesji. Stefania Sempołowska osadzona w areszcie w warszawskim ratuszu, pisała, że kobiety zatrzymane za niezarejestrowaną prostytucję siedzą na brudnych siennikach w kosztownych ozdobach: „strojnisie, żałując pięknej sukni do celi więziennej, często oddają stroje swe do przechowania oddziałowej, a siedzą przeważnie w bieliźnie i w halkach, nie zdejmują jednak kolczyków, bransolet, świecideł, które zniszczeniu nie ulegają, a oczy cieszą”[7]. O przypadkach deprawacji szwaczek z powodu kontaktu z drogimi materiałami pisał w „Głosie” Antoni Wiśniewski, a Alfred Blaschko wspominał, że robotnice z berlińskich fabryk, „mniej zdolne i lekkomyślne, lubiące stroje (mowa o fabrykach bielizny), nie mające rodziny stają się prostytutkami dobrowolnie lub mimo woli”[8]. Demoralizacja ma polegać na tym, że biedne dziewczyny, dotykające na co dzień pięknych sukien, pragną ich dla siebie, więc są gotowe na sprzedawanie usług seksualnych, by je zdobyć. Jednak ostateczne posunięcie się do tego kroku warunkują wcześniejsze predyspozycje do nadmiernej namiętności względem ubrań – tak jak pacjentki Masażystki, nie zważają więc na higienę osobistą czy porządek w mieszkaniu, a jedynie na to, aby kupić luksusowe stroje. Brak wstydu, o którym pisał Lombroso, sprawiał, że mogły nie tylko paradować w pięknych sukniach, ale też chwalić się wszystkim na około, w jaki sposób i od kogo je zdobyły.
Po rozpoczęciu praktyki te wyznania szokowały Strumff. Źle znosiła kontakty z pacjentkami, które posądzała o prostytucję. Po sesji z jedną wydawało jej się, „że tak nieczysta istota mnie się tak poufale dotykała, to mnie coś z tego ubyło”. Później jednak zaczęła je rozumieć, a przynajmniej dużo mniej oburzało ją ich swobodne zachowanie. Niemały wpływ na pewno miało na to podniecenie, jakie Jadwiga Strumff odczuwała, oglądając nagie ciała pacjentek. O ile bowiem ostro reagowała na wszelkie przypadki flirtów czy molestowania ze strony klientów-mężczyzn, kobiety traktowała zupełnie inaczej.
Kiedy podejmowała pracę masażystki, niepokoiła się, jak to wpłynie na jej reputację. W pamiętniku podkreślała wiele razy, że czuje w związku z tym wielką presję psychiczną. Świadoma była, że w opinii publicznej zawód masażystki niewiele różni się od prostytucji, i wystawia się zarówno na ocenę postronnych, jak i uwagi swoich pacjentów, mimo oczywistego braku zainteresowania z jej strony i, w jej własnej ocenie, mało pociągającego wyglądu. W pewnym momencie notowała nawet z goryczą: „przyszła mi refleksya czy kobieta brzydka, i nie młodziutka, jeżeli chce pracować, zawsze musi być narażoną na nieprzyjemności tego rodzaju”.
Następnie jednak opisywała relacje romantyczne i seksualne, w jakie wchodziła z pacjentkami. W pamiętniku wspomina przynajmniej dwie, z którymi miała romans. Jedna, Hania, „zapałała do mnie miłością jakąś nieznaną dla mnie, […] tak mnie strasznie opętała, działała mi na zmysły, ciągłemi całusami, kwiatami, listami pełnemi miłosnych zapewnień”. Druga była piękną arystokratką, która porzuciła Masażystkę po kilku miesiącach romansu. Wiele razy opisywała w pamiętniku ponętne ciała klientek (równie dokładnie jak te brzydkie, odrażające). Pierwsza kobieta, którą zobaczyła rozebraną, zrobiła na niej tak ogromne wrażenie, że napisała potem: „stanęłam jak wryta z podziwu i zapomniałam po co przyszłam”. Wspominała też, jak wiele klientek było w niej zakochanych bez wzajemności; wymieniała aktorkę, która wysyłała jej prezenty, i „kokotkę z gminu”, która tak bardzo „nie dawała jej spokoju swoją miłością”, że musiała ją wyrzucić za drzwi.
Jadwiga Strumff nie komentowała w żaden sposób tego, że jej romanse z pacjentkami są nieprofesjonalne, albo że właściwie potwierdzają wszystkie zarzuty, których tak bardzo bała się przed podjęciem pracy. Masaż w jej wykonaniu nie był pozbawiony pierwiastka zmysłowego, a to, że uwodziła (czy też była uwodzona przez) klientki płci żeńskiej, nadawało sprawie tylko większego posmaku skandalu. Jednocześnie zdawała się nie postrzegać swoich relacji z pacjentkami za coś sprzecznego z etosem medycznym. Przeciwnie, w kontekście bronienia się przed natarczywymi mężczyznami pisała: „tyle razy mi się zdarzało, różne propozycye i jeżeli nie upadłam to nie moja zasługa, tylko że, niemam pociągu na moje szczęście do mężczyzn”. „Upadek” był więc możliwy jedynie z mężczyznami, nie z kobietami, co wiele mówi o jej postrzeganiu relacji homoseksualnych. Romanse z pacjentkami doprowadziły ją w końcu do rozluźnienia ścisłego gorsetu moralnego i przyjęcia dużo bardziej zniuansowanego podejścia do rzeczywistości. Pod wpływem gorącej relacji z Hanią przyznawała: „zaczęłam się zmieniać, zapatrywać inaczej na kobiety lekkie, nie dziwiłam się że mają kochanków, tłomaczyłam je, a nawet broniłam”.
Jadwiga Strumff niezwykle ostro oceniała pacjentki, zarówno pod względem statusu materialnego, pozycji klasowej, wyglądu jak i moralności. Szafowała określeniem „kokoty”, które w słowniku Masażystki było małego kalibru obelgą, oskarżając o upadek nie tylko te, które faktycznie były prostytutkami, ale też te, które odbiegały od wyraźnie ustalonego przez nią wzorca mieszczańskiej kobiecości. W kontekście jej erotycznych relacji i pozaprofesjonalnego zainteresowania ciałem pacjentek, można pokusić się o stwierdzenie, że tak naprawdę wyprzedzała atak. Zarzucała wszystkim innym kobietom to, co przypuszczała, że można by zarzucić masażystce. Praca kojarzyła jej się z prostytucją i przekraczaniem granic moralności, czego się bała – wobec czego oskarżała o to pacjentów i pacjentki, ale nie samą siebie. Ciekawe, że wskutek romansów z pacjentkami zmieniła zapatrywanie na „kobiety lekkie” w tym sensie, że zaczęła empatyzować z ich zachowaniem. Uznała więc, że kategoria „upadku obyczajów” nie definiuje kokot (podobnie myślała o wykonujących jej zawód). Forsowała raczej pogląd, wedle którego wszystkie – prostytutki, masażystki, pacjentki i ona sama – są niemoralne. Obrona tych, które oddawały ciało w zamian za korzyści finansowe była więc aktem solidarności upadłych, a nie dowodem na zmianę w pojmowaniu etosu przez autorkę.
Za dużo wiem
„Ogół mężczyzn traktuje służącą zupełnie inaczej, niż w ogóle każdą kobietę. Przy rozbieraniu i ubieraniu pana lub panicza służąca bywa nieraz powoływana do drobnych usług; nie ma ona wstępu wzbronionego, gdy pan lub panicz kładą się do snu; nieraz zmuszona jest ściągać im buty, przypinać kołnierzyki i t.p.”[9] – pisała w 1906 roku Teodora Męczkowska w broszurze Służące a prostytucja. Takie ciągłe przebywanie w bliskości ciał obcych ludzi w sytuacji zawodowej miało wpływać na moralność. Według Męczkowskiej dziewczyna przyzwyczajona do dotykania „pańskich” ciał miała uodporniać się na naturalny wstyd i łatwiej zaakceptować awanse pana, a następnie przejść do świadczenia usług seksualnych. Męczkowska nie podawała tego argumentu, by dowieść, że zawód służącej jest niemoralny – raczej, że pracodawcy traktują zatrudnione w sposób urągający ich godności, ponieważ najpierw widzą w nich pracownice, a dopiero potem kobiety.
Jadwiga Strumff w podobny sposób myślała o swojej praktyce. Pisała wielokrotnie, że kontakt z fizycznością pacjentów jest dla niej przykry, ponieważ niektórzy są odstręczający, inni zaś (szczególnie kobiety) nadmiernie kuszący. Samą siebie pokazywała jako osobę zdeprawowaną: „niestety jestem tylko zwierzęciem jak każdy człowiek, ciągłe podniecanie przez pacjentki, próby ogniowe z mężczyznami, rozmowy strasznie podniecające, denerwują mnie chwilami strasznie”. Traktowanie ciała w sposób wykraczający poza obowiązek zawodowy prowadzić miało do stępienia wrażliwości, co z kolei pozwalało zobojętnieć na zagrożenia moralności.
Takie myślenie o pracy opiekuńczo-usługowej stawiało kobiety na z góry przegranej pozycji. Salomea Perlmutter pisała w 1902 roku, że „to przymusowe podleganie obcej woli […] to zabicie wszelkiej odporności w służących jest najważniejszą przyczyną łatwego upadku, oddawanie woli swojej jest szkołą przygotowawczą do oddawania ciała”[10]. Męczkowska dodawała dalej: „po kilku latach służby zatraca taka istota świadomość swych czynów, staje się bezmyślnym narzędziem, maszyną zupełnie nieodpowiedzialną za siebie. Ta bierność, ten krok poczucia osobistej odpowiedzialności wytwarzają warunki ogromnie odpowiednie do tego, by stać się mogła igraszką, narzędziem w rękach znajomego lub pana, narzeczonego lub panicza”[11].
Regularne kontakty z fizycznością innych miały być szkodliwe dla kobiet, niezależnie od tego, jaką przyjmowały formę. Z jednej strony patrzenie na obce ciała mogło wzmagać seksualne pragnienia, z drugiej, tak jak pisała Strumff – to właśnie niemożność oddzielenia pracy od przyjemności sprawiała, że była ona bardziej skłonna do zachowań wykraczających poza normę kulturową. W innym miejscu pamiętnika Masażystka wspominała, jak trudno oddzielić jej dotyk profesjonalny od prywatnego: „krew krąży w człowieku, mimo woli, mając ciągłe pobudki, dotykając się ciał ludzkich, zawsze nagich rozbudzają się w nim namiętności, ogromna siła woli chroni od pociągu do upadku, mając ciągłe okazye, a nawet czasem walki”.
Kolejny aspekt łączący pracę usługową z niemoralnością to kwestia płatnych usług, kojarzących się z płatną miłością. Jadwiga Strumff, wspominając swoje kochanki, pisała, że ciężko jej pogodzić się z faktem, że ich relacja kończy się z chwilą otrzymania pieniędzy. Opisywała spotkanie z hrabiną na stacji kolejowej, gdy ta pierwsza wsiadała do pociągu i żegnała się ze znajomymi. Chciała podejść do niej, jednak poczuła, że nie ma do tego prawa: „Ta myśl, że przez kilka tygodni dotyka się Jej ciała z taką swobodą, że Ją się lepiej zna jak wszyscy Ją otaczający, bo się Ją widzi piękną, naturalną jak Ją Pan Bóg stworzył, […] a z chwilą kiedy Ci zapłaci nie wolno Ci rzucić «szczęśliwej podróży»”. O innej przestała myśleć dopiero, gdy uświadomiła sobie, że ich relacja miała charakter tylko zawodowy, i tamta kobieta zapomniała z chwilą przekazania pieniędzy za usługę „o dowodach Twej dobroci względem Niej, jakie Jej dawałaś w staraniu o zadowolnienie Jej”. Jadwiga Strumff podsumowywała gorzko: „grzeczność Jej to dobre wychowanie, dobroć jak dla każdej swojej służącej okazuje”. Skojarzenia złączą się tu także z poczuciem bycia na służbie – a przecież Masażystka, z racji wykształcenia i pochodzenia klasowego, odrzucała takie myślenie na swój temat.
W 1904 roku „Bluszcz” pisał, że kolejnym powodem przechodzenia z pracy jako pomocnice domowe do gorszącej profesji jest także traktowanie ich jak przedmiot. Autorka tekstu poruszała wątek nieprzyzwoitych dyskusji prowadzonych przy służących. „To, co kryjemy troskliwie przed młodą duszyczką córki naszej, odsłania się Marysi brutalnie […] nawet w domach inteligentnych rzadko gdzie ucho sługi szanowane bywa. Mówi się przy niej wyraźnie, bez alegorii i obsłonek – mężczyźni nie tylko młodzi, ale i starsi, pozwalają sobie na żarciki wstrętne, na cynizm”[12]. Podobnie o swojej sytuacji wyrażała się Masażystka. Pisała, że po kilku latach pracy i oglądaniu z bliska cudzych mieszkań stała się specjalistką od ocenienia charakterów ludzkich, ich wzajemnych relacji, pozycji społecznej i kondycji finansowej. Przy okazji jednak nasłuchała się tak wielu nieprzyzwoitych dyskusji, że stępiła swoją własną wrażliwość: „Z zimną krwią słucham opowiadań Panów z życia ich, coby dawniej było mnie raziło i nikt by sobie nie był pozwolił bez obrazy mi to opowiedzieć. Nie dziwię się niczemu”. Cynizm, okazywany w jej obecności, sprawił, że Jadwiga Strumff sama stała się cyniczna: „Niema dla mnie nic złego, zobojętniałam na wszystko. Za dużo wiem”.
O ile jednak te wszystkie warunki życia służących, komentatorzy życia społecznego opisywali po to, by podkreślić, jak demoralizująca stała się praca fizyczna kobiet, o tyle autorka wspomnień narzekała głównie na zabicie w niej zaufania do ludzi w ogóle. Przejmująco pisała: „ludzie ze mnie zrobili obumarłą na wszystko, wszystkie poczucia ludzkie we mnie zmartwiały”.
Nie możemy potępiać kokot
Doświadczenia Marii Strumff w pracy masażystki sprawiły, że zmieniła swój stosunek do prostytutek. Była to jednak zmiana nieoczywista. Częściowo ze względu na charakter swojej praktyki, uznała, że sama stała się niemoralna, a więc poczuła więź z kobietami sprzedającymi ciało za pieniądze. Wyznawała: „W rodzinie śmieją się, że się nudzę w towarzystwie porządnych kobiet, co niestety prawda! Przyzwyczaiłam się do lekkich rozmów, niema dla mnie tajemnic”. Wedle własnej oceny, w wyniku tych rozmów, jak również romansów z pacjentkami, przyjęła bardzo pragmatyczny (sama pewnie powiedziałaby, że cyniczny) sposób patrzenia na świat. Doszła do wniosku, że wszystkie kobiety są „nieporządne”, a więc nie powinna ich krytykować.
Z jednej strony Strumff identyfikowała czynniki, które powodowały, że kobiety trudniły się prostytucją. Pisała o braku wyboru, biedzie i uwodzeniu przez mężczyzn. „Cały półświat upada z miłości” – podsumowywała. Wiele z pacjentek, które określała mianem „kokot”, zaczynało sprzedawać swoje usługi po tym, jak porzucił je pierwszy kochanek (a przynajmniej tak opowiadały). „Kocha się uwodziciel obiecuje się żenić, wierząc uwodzicielom upadają potem co pozostaje tym biednym dziewczętom […] puszczają się następnie z przyzwyczajenia do tego życia fizycznego. Czyż je można potępiać? Ofiary zepsutej młodzieży, która dla zaspokojenia chwilowej przyjemności, nie pomni o tem, że unieszczęśliwia swoją ofiarę na całe życie, ale ją potem jeszcze potępia i pogardza nią” – tak wyglądała zwykła historia prostytutki relacjonowana przez Strumff. Dokładnie te same motywy możemy znaleźć w większości ówczesnych tekstów podejmujących temat przyczyn tego zjawiska.
Wedle obowiązującej na przełomie wieków narracji, prostytucja mogła mieć dwojakie źródło. Pierwsze to skłonność wrodzona, o której istnieniu przekonywali kryminolodzy i antropometryści, tacy jak: Cesare Lombroso, Paulina i Benjamin Tarnowscy czy Maria Grzywo-Dąbrowska. O tych czynnikach Masażystka także wspominała, wyliczając pacjentkom zamiłowanie do strojów czy skłonność do histerii. Drugie to przyczyny społeczne, czyli bieda, wykluczenie, alkoholizm, bezdomność. Ten drugi rodzaj narracji przyjmowany był najczęściej przez komentatorów o sympatiach progresywnych, socjalistycznych lub emancypacyjnych. Nie był on szczególnie wyzwalający, ponieważ pozycjonował prostytutkę w roli bezwolnej ofiary, zmuszonej do świadczenia usług przez tragiczne czynniki zewnętrzne. Autorki takie, jak Izabela Moszczeńska czy Teodora Męczkowska, wspominały o molestowaniu przez „panów” i niechcianych ciążach, które pchały na tę drogę służące i robotnice szwalni czy pralni. Salomea Perlmutter czy Antoni Wysłouch alarmowali, że ich skandalicznie niskie pensje sprawiają, że prostytucja staje się lepszym wyborem, choć niechętnie podejmowanym. Czasem, w imię obrony interesów kobiet z klasy robotniczej, aktywiści popadali w przesadę, snując sentymentalne opowieści o zhańbionych aniołach z proletariatu. Franciszek Giedroyć, zwolennik teorii kryminologicznych, kpił sobie z takiego podejścia, pisząc: „w społeczeństwie, mało znającym istotę prostytucji, rozpowszechniło się przekonanie, że prostytutki są to niewinne ofiary gwałtu, podstępu i zgorszenia ze strony mężczyzn, że do oddania się rozpuście zmusza je tylko najsroższa nędza, brak zajęcia, choroba rodziców potrzebujących wsparcia itp.”[13] Narracja ta najwyraźniej padała na bardzo podatny grunt, ponieważ Jadwiga Strumff podawała ją ze wszystkimi zwykle zawartymi tam szczegółami.
Dyskusje na temat prostytucji, służby domowej i wykluczenia ekonomicznego kobiet podejmowano wówczas raczej w tekstach prasowych czy specjalistycznych broszurach. Sposób pisania o przedstawicielkach proletariatu, rodzaje problemów, które u nich diagnozowano, i proponowane metody ich rozwiązywania miały na celu podporządkowanie sobie klasy robotniczej. Jeśli według obowiązującej wiedzy prostytutki były z natury leniwe, nieodpowiedzialne lub wręcz chore psychicznie, a służące bierne, głupie i niezdolne do podejmowania samodzielnych decyzji, wszelkie działania systemowe wymierzone w ich wolność osobistą zyskiwały uzasadnienie. Przyjrzenie się z bliska warunkom ich życia, płacom i sytuacji rodzinnej wskazuje jednak, że ich sytuacja często daleka była od tych popularnych diagnoz.
Pamiętnik Jadwigi Strumff oferuje czytelnikowi unikalną perspektywę. Z jednej strony Masażystka powtarza, bezwiednie lub nie, wiele obiegowych opinii, które pojawiały się w dyskursie publicznym i na które musiała sama być narażona. Jej bliskie kontakty z kobietami z półświatka i ambiwalencja względem prawdziwego charakteru własnej pracy zawodowej nie sprawiają jednak, że zyskuje inną perspektywę. W podobnej sytuacji znalazła się w 1908 roku Stefania Sempołowska, działaczka oświatowa i emancypantka. W wyniku działalności niepodległościowej została zamknięta w więzieniu w ratuszu, gdzie spędziła kilka tygodni z kobietami aresztowanymi za prostytucję, kradzieże, żebractwo i inne przewinienia. Sempołowska wykorzystała czas izolacji na stworzenie serii reportaży, wydanych pod wspólnym tytułem Z dna nędzy. Tekst ten jest zapisem jej zmieniającego się podejścia. Sempołowska zaczyna jako kobieta z inteligencji miejskiej, która boi się prostytutek i złodziejek. Tłumaczy sobie ich sytuację życiową dokładnie tak, jak robiono to w dyskursie prasowym. Pod wpływem codziennych rozmów i bliskich, wymuszonych małą przestrzenią kontaktów, konfrontuje się jednak z własnym światopoglądem. Ostatecznie pisze: „Patrzymy zwykle na prostytutki, jakby wiązał je nie tylko zawód, ale nić pokrewieństwa duchowego, podobieństwo struktury duchowej, jakby stanowiły jeden typ duchowy «publicznej kobiety» – różnej zgoła od reszty ludzi. Tymczasem naturalnie jest tyle dusz, ilu ludzi. Spotykają się wśród nich te same i takie same typy, jakie spotykamy w innych sferach kobiet”[14].
Jadwiga Strumff pisze o prostytutkach w sposób na pozór empatyczny: „my znowu nie możemy potępiać kokot, nie jedna, kiedy opowiada swoje życie, wzbudza raczej litość jak pogardę. Postawmy się na miejscu takiej istoty, czy my byłybyśmy lepszemi?”. Po tym pytaniu jednak odpowiada sama sobie: byłybyśmy (my, kobiety z burżuazji), ponieważ zostałyśmy wychowane w poszanowaniu etosu i zasad życia społecznego, a one w biedzie i demoralizacji. Początkowo nie wiedzą, że to, co robią, jest złe, a potem nie mogą się już wycofać. Przedstawicielki wyższych klas społecznych są więc im winne współczucie i litość. Kilka zdań wcześniej pisze z kolei: „Porządne kobiety nie mają pojęcia, na jakie pokusy są wystawiani mężczyźni. Żadna porządna kobieta nie jest w stanie użyć tych powabów, jakie używają kokoty”.
Słownictwo Masażystki, jej przemyślenia i argumentacja, są mieszanką osobistej empatii i języka popularnych tekstów o półświatku. Pisze ona o swoich klientkach, biednych czy bogatych, i o sobie samej w sposób świadczący o tym, że zinternalizowała tę narrację przemocy i władzy. Posługuje się nią, nawet jeśli musi poprzez taki język ukazywać nie tylko innych, ale też siebie, i sprawia jej to ból i wstyd (zgodnie z intencją twórców). Pamiętnik Strumff jest doskonałym studium tego, jak dyskurs wpływał na postrzeganie kobiet pracujących. Nie tylko przez grupy z zewnątrz, ale też przez nie same.
[1] Używam terminu „prostytucja”. Określenie „praca seksualna” w omawianym okresie nie było jeszcze znane. Jednak ten termin wydaje się uzasadniony w kontekście omawianego tu materiału i postaci Marii Strumff. Tekst dotyczy stosunku kobiet z różnych klas społecznych do wykonywanych przez nie zawodów fizycznych, często lekceważonych i ocenianych negatywnie, zarówno przez społeczeństwo, jak i przez nie same. Praca masażystki, praca porządkowo-opiekuńcza, praca seksualna łączą się tu i zyskują nieoczywiste wymiary. Słowo „praca” definiuje aspekt tego zajęcia, który jest tu dla mnie najważniejszy, a nie wymiar moralno-etyczny, który niesie negatywnie nacechowane słowo „prostytucja”.
[2] R. Poniat, Służba domowa w miastach na ziemiach polskich od połowy XVIII do końca XIX wieku, „DiG”, Warszawa 2014, tabela 18, s. 140.
[3] M. Nietyksza, Ludność Warszawy na przełomie XIX i XX wieku, PWN, Warszawa 1971, s. 43–45.
[4] Проституция по обследованию 1-го августа 1889 года, Центр. стат. ком. М-ва внутр. дел; red. А. Дубровский, С.–Петербург 1890, s. 9.
[5] S. Koszutski, Na mównicy. Walka z prostytucją, „Głos” 1900, nr 25, s. 387.
[6] F. Giedroyć, Prostytutki jako źródło chorób wenerycznych w Warszawie (w ciągu ostatnich lat kilku), wydawca nieznany, Warszawa 1892, s. 20.
[7] S. Sempołowska, Z dna nędzy, wydawca nieznany, Warszawa 1909, s. 20.
[8] A. Blaschko, Prostytucja współczesna, M. Borkowski, Warszawa 1907, s. 18.
[9] T. Męczkowska, Służące a prostytucja, Księgarnia Naukowa, Warszawa 1906, s. 16.
[10] S. Perlmutter, Położenie żeńskiej służby domowej, „Nowe słowo” 1902, nr 9, s. 214.
[11] T. Męczkowska, Służące a prostytucja…, s. 17.
[12] Sz., Obowiązki nasze względem sług, „Bluszcz” 1904, nr 24, s. 278.
[13] F. Giedroyć, Prostytutki jako źródło chorób…, s. 15.
[14] S. Sempołowska, Z dna…, s. 18.